Ogród Jane Austen

Becoming Jane - Zakochana Jane oczami prawie-janeitki

Zakochana JaneMała impresja na temat filmu Jarrolda.

Tak między Bogiem a prawdą, nigdy nie nadawałam się na janeitkę z krwi i kości: po prostu uwielbiam (!!) tak często krytykowaną przez zagorzałych wielbicieli Miss Austen Dumę i uprzedzenie Wrighta, razem z ubraną w worek po kartoflach i rozczochraną Lizzie-Keirą, wołkowatym Mateuszem-Darcym i świnią łażącą po domostwie familii Bennetów, podobnie jak uwielbiam najnowszą adaptację Perswazji Shergolda, razem ze zbyt-pięknym-jak-na-marynarza Rupertem-Wentworthem i uprawiającą biegi na przełaj Sally-Anną. Kocham te filmy i z radością witam wszelkie przejawy nowatorskiego podejścia do dzieł Jane Austen, jak również coraz to odmiennego ukazywania dobrze znanych z jej twórczości wątków na ekranie - cenię sobie wreszcie próby uczynienia z ekranizacji tychże powieści autonomicznych dzieł sztuki filmowej, a nie tylko kawałka solidnej telewizji, serwującej wierne zazwyczaj prozie obrazy. Suma sumarum - janeitka ze mnie żadna. Nie mniej jednak Austen znajduje się już od wielu lat w czołówce moich ulubionych pisarzy i kawałek życia kobitce poświęciłam, nic więc dziwnego, że na filmową biografię autorki czekałam z utęsknieniem...

Trudno było się spodziewać filmu, którego treść stanowiłyby jedynie fakty z życia panny Jane, jako że jej curriculum vitae jest znane w stopniu znikomym. Wiadomo natomiast na pewno, że z Austen nie była żadna George Sand czy Mary Wollostonecraft-Shelley. Nie sypiała z Szopenami, nie rozwodziła się, nie próbowała się utopić ani powiesić, nie miała lesbijskich romansów (choć co do tego pojawiają się niekiedy pewne wątpliwości, ale spuśćmy na ów fakt zasłonę milczenia...), nie podróżowała, a z kaską jej się nigdy za bardzo nie przelewało, choć z drugiej strony nie cierpiała aż takiej nędzy, która zmusiłaby ją do wylądowania na ulicy bądź też żebraniny... Biorąc pod uwagę współczesne standardy kina akcji i gusta masowej publiki, twórcy filmu o Jane mieli przed sobą trudne zadanie przekształcenia znanych nam faktów z biografii autorki Dumy i uprzedzenia w absorbującą fabułę. Mieli do wyboru dwie opcje: trzymać się możliwie najściślej źródeł i skierować swój przekaz do wielbicieli dzieł artystki, ukazując raczej historię genialnej jednostki i jej zmagań z - mniej lub bardziej prozaicznymi - problemami codzienności w czasach angielskiej Regencji, bądź też stworzyć opowieść na poły fikcyjną, ubarwić nieco życiorys bohaterki i tak skonstruować fabułę, by nadać akcji tempo i rytm, a także - co prawdopodobnie w tym wszystkim najistotniejsze - by cały obraz zuniwersalizować, zapewnić mu szersze grono odbiorców. Julian Jarrold, Kevin Hood, Sarah Williams i Robert Bernstein zdecydowali się na drugie wyjście...

Historia kinematografii uczy nas, że niejednokrotnie powstawały już fabularyzowane biografie wielkich artystów, które tak naprawdę niewiele miały wspólnego z tym, co wiadomo o tychże jednostkach z uczonych źródeł. Mimo to nierzadko podobne dzieła okazywały się prawdziwymi perłami X Muzy - wystarczy wspomnieć choćby Amadeusza Milosza Formana, Pandaemonium Juliana Temple'a, Markizę Very Belmont, Zakochanego Szekspira Johna Maddena, Dzieci wieku Diane Kurys czy Caravaggia Dereka Jarmana. Przykłady można by mnożyć. Bez trudu przyszło mi więc pogodzenie się z myślą, że Becoming Jane będzie opowieścią fikcyjną. Zdawałam sobie również sprawę, że skoro ma ona dotyczyć relacji między Jane i Lefroyem, to prawdopodobnie nie powstanie z tego nic innego, jak kostiumowy melodramat, przy którym żeńska część widowni pochlipie sobie nad losem nieszczęśliwej miłości dwojga młodych, pięknych, zdolnych, inteligentnych, ale za to biednych... itd. itp. Podobne wieści na temat filmu, dochodzące do moich uszu i oczu z przeróżnego typu komunikatorów, nie zniechęciły mnie jednak do niego w ogóle. Wielka szkoda, bo rozczarowanie odczułam ze zdwojoną siłą.

Pierwsze sceny Becoming Jane zdają się obiecujące - wykorzystana symbolika świtu i wody, mimo iż bezlitośnie zgapiona z najnowszej Dumy..., jawi się niczym obietnica złożona przez twórców młodym naiwnym poszukiwaczom zagubionego w morzu komercji artyzmu w kinie. Na tym jednak niestety kończy się pokarm duchowy, a wspomniani młodzi naiwni poszukiwacze artyzmu aż do napisów końcowych umierają z głodu za czymś treściwym i pełnowartościowym.

Becoming Jane zasługuje w pełni na polski, równie ambitny, jak cała treść filmu, tytuł Zakochana Jane. Owszem, mamy tutaj kilka znakomitych scen, za które jestem wdzięczna twórcom, ponieważ ukazują one w nieco innym świetle, niż to ma miejsce w ekranizacjach powieści Austen, a także w samych literackich pierwowzorach, obraz rzeczywistości epoki angielskiej Regencji. W końcu ktoś pokazał, że nie była to purytańska epoka wiktoriańska, że faceci naparzali się po gębach, od pasa w górę nadzy, jak ich Pan Bóg stworzył, w między czasie obcałowując damy lekkiego prowadzenia się, a panny zdawały sobie sprawę z tego, jak wyglądają męskie pośladki i skąd się biorą nieślubne dzieci. Mimo tych chlubnych fragmentów cały film jest raczej naiwną historią miłosną, wygraną na banalnych emocjach, przypominającą momentami konstrukcję brazylijskiej telenoweli, a niekiedy zwyczajnie nudną. Dialogi są dobre tylko w tych scenach, gdzie operuje się dosłownymi cytatami bądź parafrazami doskonałych tekstów Austen, zręcznie wplecionymi w fabułę, w pozostałych natomiast obnażają płyciznę intelektualną całego filmu (Jane [po pocałowaniu Toma]: Czy zrobiłam to dobrze? Tom: Tak, bardzo dobrze Jane: Chciałam, ten jeden raz, zrobić to dobrze. Tom: Jestem twój, sercem i duszą. To niezbyt wiele. Jane: Pozwól mnie to ocenić!... Ludzieeeee!!!). Anne Hathaway i James MacAvoy poradzili sobie nad wyraz dobrze z tym, co otrzymali w scenariuszu, starając się nadać swoim bohaterom odrobinę głębi i psychologicznego skomplikowania. Bez wątpienia najlepiej wypadają oni w scenie, w której Jane czyta córce Lefroya swoją powieść - nie wypowiadają tam bowiem ani słowa, a ich gra gestem i spojrzeniem niesie o wiele większy ładunek emocjonalny i informacyjny niż wszystkie wypowiedziane wcześniej przez aktorów słowa. Oglądając omawianą scenę, rzeczywiście można pożałować tej utraconej i nieszczęśliwej miłości, o której żadna ze stron nigdy nie zapomniała (i pal sześć jak to było naprawdę!).

Moje rozczarowanie filmem nie ma swojego źródła w fikcyjnej otoczce całej opowieści. Pomysł skonstruowania fabuły na kształt Dumy i uprzedzenia, wykreowania podobnych, jak w powieści, postaci (wytrawny czytelnik bez trudu rozpozna w Jane, Tomie, lady Gresham, panu Wisleyu, państwu Austen odpowiednich bohaterów literackich), mogło się sprawdzić nad wyraz dobrze - podobny zabieg wykorzystano przecież w Zakochanym Szekspirze, co dało znakomity efekt. Do scenariusza Becoming Jane nie przyłożył jednak ręki tak znakomity dramaturg, jak Tom Stoppard, autor scenariusza do Zakochanego... Dlatego też zamiast inteligentnej, zabawnej, wdzięcznej historii, pełnej literackich i kulturowych nawiązań, świadczących o zaufaniu do widza, jako do osoby inteligentnej i potrafiącej robić użytek ze swoich szarych komórek, wyszła opowieść nieco przyciężka dla wielbicieli melodramatów, a zbyt płytka i naiwna dla bardziej wymagających odbiorców. Wyszedł melodramat z ambicjami... niestety niespełnionymi. Pozostaje tylko czekać na kolejny film o Jane - i nieważne, czy będzie on wierny źródłom, czy też będzie kolejną wariacją biograficzną. Byle by tylko był dobrym filmem...

Magdalena Knedler

megg, 2007-10-16 12:31:18

www.JaneAusten.pl © Ogród Jane Austen, 2004-2018

Template Licence