Ogród Jane Austen

Vladimir Nabokov o Mansfield Park (część II)

Przedstawiam drugą część wykładu Vladimira Nabokova poświęconego Mansfield Park, zamieszczoną w Wykładach o literaturze przetłumaczonych przez Zbigniewa Batko, i wydanych przez wydawnictwo Muza S.A. w roku 2000.

Może nie od rzeczy, będzie powiedzieć nieco o podejściu Vladimira Nabokova do lektury. Otóż przestawiał on kiedyś swoim studentom listę powinności dobrego czytelnika, polecając wybrać cztery spośród dziesięciu twierdzeń. Brzmiały one tak:

  1. Powinien należeć do jakiegoś klubu czytelniczego.
  2. Powinien się utożsamiać z bohaterem lub bohaterką książki.
  3. Powinien się koncentrować na aspekcie społeczno-ekonomicznym utworu.
  4. Powinien przedkładać książkę z akcją i dialogami nad pozbawioną akcji i dialogów.
  5. Powinien obejrzeć filmową adaptację książki.
  6. Powinien być początkującym pisarzem.
  7. Powinien mieć wyobraźnię.
  8. Powinien mieć pamięć.
  9. Powinien mieć słownik.
  10. Powinien mieć pewną artystyczną wrażliwość.

Studenci obstawali przy emocjonalnej identyfikacji, akcji i społeczno-ekonomicznym lub historycznym aspekcie. Jak zapewne zgadliście, dobry czytelnik to oczywiście ten obdarzony wyobraźnią, pamięcią, artystyczną wrażliwością - którą to wrażliwość staram się rozwijać u siebie i u innych przy każdej okazji - i wyposażony w słownik. (Wykłady o literaturze, str. 35)

Część II obejmuje rozważania nad Mansfield Park począwszy od listopada po powrocie z Southerton, aż po rozmyślania sir Thomasa, które zawiodą Fanny do Portsmouth.

Mansfield Park (1814)

Vladimir Nabokov

część II

Listopad był w odczuciu sióstr Bertram ponurym miesiącem, jako miesiąc ustalonego i bynajmniej nie wytęsknionego powrotu ojca. Sir Thomas zamierzał popłynąć statkiem pocztowym, który wyruszał we wrześniu; młodzi mieliby wtedy trzynaście tygodni swobody - od połowy sierpnia do połowy listopada (w rzeczywistości sir Thomas wraca w październiku, na pokładzie prywatnego statku). Powrót ojca będzie, jak wyjaśnia to Edmundowi panna Crawford, kiedy stoją oboje o zachodzie słońca w oknie, a panny Bertram i Rushworth krzątają się, ustawiając świece na fortepianie, zapowiedzią innych ciekawych wydarzeń: małżeństwa pańskiej siostry, jak też pańskich święceń. Jest to dalszy ciąg tematu święceń, w który są w pewnym sensie zaangażowani Edmund, panna Crawford i Fanny. Wywiązuje się ożywiona dyskusja o motywach obierania stanu duchownego i stosowności zainteresowania Edmunda kwestią prebendy. Pod koniec rozdziału jedenastego panna Crawford dołącza do towarzystwa śpiewaczego skupionego przy fortepianie. Edmund wychodzi z Fanny, żeby podziwiać gwiazdy przy dźwiękach muzyki, po czym dziewczyna, drżąca od wieczornego chłodu, zostaje sama - co jest powtórzeniem motywu opuszczonej Fanny. Nie całkiem uświadomione wahania Edmunda, czy wybrać promienną i zarazem wytworną urodę zgrabniutkiej, drobnej Mary Crawford, czy subtelny wdzięk i dyskretny urok wiotkiej Fanny, są wyrażane symbolicznie przez rozmaite zachowania młodych ludzi, uczestników sceny rozgrywającej się w salonie muzycznym.

Rozluźnienie narzucanych przez sir Thomasa rygorów zachowania i pewne rozprzężenie, jakie nastąpiło podczas wyprawy do Southerton, prowadzi bezpośrednio do propozycji, aby przygotować przed jego powrotem przedstawienie jakiejś sztuki. Cały motyw sztuki w Mansfield Park jest nadzwyczajnym pisarskim osiągnięciem. Temat sztuki (rozdziały 12-20) rozwija się w klimacie baśniowej magii i złowrogiego fatum. Rzecz zaczyna się wraz w prowadzeniem nowej postaci - pierwszej, jaka się pojawia, i ostatniej, jaka znika w tym kontekście - młodego człowieka nazwiskiem Yates, przyjaciela Toma Bertrama. Przyleciał na skrzydłach rozpaczy, a w głowie miał tylko teatr, gdyż owo towarzystwo [które właśnie opuścił] zjechało się celem wystawienia sztuki. Przedstawienie, w którym on również występował, miało się odbyć za dwa dni, kiedy nagła śmierć kogoś z bliskiej rodziny gospodarza zniweczyła wszystkie plany i sprawiła, że aktorzy się rozjechali. Według słów Yatesa skierowanych do kręgu Bertramów: Wszystko wydawało się im urzekające, od pierwszego rozdziału ról aż do epilogu" (proszę zwrócić uwagę na ten magiczny ton - urzekające! [w oryginale bewitching - słowo z wyraźna konotacją magiczną; Z.B.]). Yates ubolewa nad faktem, że proza życia, a raczej przypadkowa śmierć nie pozwoliły wystawić sztuki. - Narzekanie na nic się nie zda, ale doprawdy ta biedna stara wdowa nie mogła umrzeć w gorszym momencie; trudno nie pragnąć, żeby byli zachowali tę wiadomość w sekrecie na trzy brakujące nam dni. Trzy dni, nie więcej; a była to ich babka i umarła o dwieście mil od Ecclesford, więc chyba nie stałoby się nic złego i wiem, że ktoś zrobił taką propozycję, ale lord Ravenshaw, który jest jednym z najbardziej pryncypialnych ludzi w Anglii, nie chciał o tym słyszeć.

Tom Bertram zauważa, że śmierć babki jest swoistym epilogiem, finalną jednoaktówką, to znaczy że lord i lady Ravenshaw zostali, żeby we dwójkę odegrać scenę pogrzebu (w tamtych czasach panował zwyczaj odgrywania lekkiej, czasem farsowej jednoaktówki po zakończeniu głównej sztuki). Proszę zauważyć, że mamy tu zapowiedź późniejszego fatalnego wtargnięcia na scenę sir Thomasa Bertrama, ojca rodziny; jego powrót do chwili, gdy w Mansfield trwają próby Ślubów miłosnych, staje się dramatycznym epilogiem.

Fascynująca opowieść Yatesa o jego teatralnych doświadczeniach rozpala wyobraźnię młodych ludzi. Henry Crawford oświadcza, że gotów jest zrobić z siebie durnia, który podejmie się zagrania każdej postaci, od Shylocka lub Ryszarda III po bohaterskiego tenora z farsy, i to właśnie on, który "nie zasmakował jeszcze podobnej przyjemności", proponuje, żeby coś wystawili - choćby jedną scenę, pół sztuki, cokolwiek. Tom zauważa, że muszą się postarać o zielony ryps na kurtynę. Yates rzuca od niechcenia pomysłami, projektując wstępnie różne fragmenty dekoracji, jakie należałoby zbudować. Edmunda ogarnia niepokój, próbuje więc wylać kubeł zimnej wody na rozpalone głowy, stwierdzając z wystudiowanym sarkazmem: Och, nie [...]. Nie róbmy nic połowicznie. Jeśli mamy grać, to grajmy w teatrze wyposażonym we wszystko: w parter, loże i galerię i odegrajmy całą sztukę od początku do końca; niechże to będzie sztuka niemiecka, wszystko jedno jaka, z dodatkową jednoaktową [w oryginale tricking, shifting - zwodniczą, zaskakującą nagłymi zwrotami; Z.B.] komedyjką na finał, z tańcem figurowym, dudami oraz piosenką w przerwach. Jeśli nie przelicytujemy Ecclesford [sceny nieudanego teatralnego przedsięwzięcia], to wszystkie nasze wysiłki na nic. Ta aluzja do zwodniczej, zaskakującej komedyjki na finał jest uwagą złowieszczą, czymś w rodzaju magicznego zaklęcia, bo to właśnie się zdarzy: powrót ojca będzie czymś w rodzaju zwodniczego dalszego ciągu, zaskakującego epilogu.

Zaczynają szukać odpowiedniego pomieszczenia i wybierają salę bilardową, ale najpierw, żeby można było korzystać z drzwi po obu stronach, muszą usunąć półki z książkami z gabinetu sir Thomasa. Zmiana ustawienia mebli była w tamtych czasach rzeczą bardzo poważną, więc Edmund jest coraz bardziej przerażony. Ale bezwolna matka i ciotka, która nie widzi świata poza dwiema córkami Bertramów, nie sprzeciwiają się niczemu. Pani Norris, jako osoba praktyczna, bierze wręcz na siebie obowiązek uszycia kurtyny i zajęcia się rekwizytami. Ale praca nad sztuką wciąż kuleje. Odnotujemy tu znowu ów element magii, zwróćmy uwagę na sztuczkę spłataną przez złośliwy los, bo Śluby miłosne, sztuka wymieniona przez Yatesa i dziś najwyraźniej zapomniana, jest prawdziwym skarbem, który leży sobie, niezauważony, i czeka na odkrycie. Młodzi ludzie rozważają możliwość wystawienia innych sztuk, ale stwierdzają, że jest w nich albo za dużo, albo za mało ról; poza tym nie ma zgody co do tego, czy grać tragedię, czy komedię. I wtedy nagle zaczyna działać magia. Tom Bertram podjął jeden z licznych leżących na stole tomików i przerzuciwszy go, zawołał nagle: - Śluby miłosne! Dlaczego nie miałyby równie dobrze nadać się nam, jak Ravenshawom? Jak to się stało, żeśmy o tym nie pomyśleli?.

Śluby miłosne (1798) to adaptacja sztuki Das Kind der Liebe, Augusta Friedricha Ferdinanda von Kotzebuego, dokonana przez Elisabeth Inchbald. Sztuka jest bardzo głupia, choć zapewne nie bardziej niż wiele współczesnych przebojów sceny. Fabuła przedstawia zmienne losy Fryderyka, nieślubnego syna barona Wildenheima, i jego matki, Agaty Friburg, pokojówki barona. Po rozstaniu się z kochankiem Agata prowadzi cnotliwe życie i wychowuje syna, a tymczasem młody baron żeni się z bogatą damą z Alzacji i przenosi się do jej posiadłości. Kiedy sztuka się zaczyna, alzacka żona barona nie żyje, a baron wrócił właśnie z córką jedynaczką, Amelią, do swego zamku w Niemczech. Tymczasem, na skutek jednego z tych zbiegów okoliczności, które są niezbędne do stworzenia tragicznej lub komicznej sytuacji, Agata także wraca do swej rodzinnej wsi w sąsiedztwie zamku i tam właśnie widzimy ją, wyrzuconą z wiejskiej oberży, ponieważ nie może zapłacić za dach nad głową. Dzięki innemu zbiegowi okoliczności odnajduje ją syn, Fryderyk, który powraca po pięciu latach wojaczki i już jako cywil szuka jakiegoś zajęcia. Potrzebna mu jest przy tym metryka i Agata, przerażona tą prośbą, musi wyznać synowi prawdę o jego pochodzeniu, którą dotąd skrzętnie przed nim ukrywała. Wyznawszy mu wszystko, mdleje; Fryderyk znajduje jej schronienie w opuszczonej chacie i idzie żebrać, żeby zdobyć pieniądze na jedzenie. Kolejny zbieg okoliczności sprawia, że Fryderyk spotyka w polu barona i hrabiego Cassela (bogatego i głupiego konkurenta do ręki Amelii); kiedy baron daje mu jałmużnę, dalece zresztą niewystarczającą, Fryderyk robi awanturę swemu nierozpoznanemu ojcu i zostaje uwięziony w zamku.

Wątek Fryderyka zostaje przerwany sceną pomiędzy Amelią i jej nauczycielem, pastorem Anhaltem, który został zaangażowany przez barona jako pełnomocnik hrabiego. Ale Amelia kocha - z wzajemnością - Anhalta i udaje jej się, dzięki otwartym deklaracjom, wobec których zgłasza swe nieśmiałe zastrzeżenia Mary Crawford, skłonić go do oświadczyn. Potem, dowiedziawszy się o uwięzieniu Fryderyka, oboje próbują mu pomóc. Amelia zanosi mu do lochu jedzenie, a Anhalt aranżuje posłuchanie u barona. Podczas rozmowy z Anhaltem Fryderyk odkrywa tożsamość swego ojca i tajemnica zostaje wyjawiona. Baron, pragnąc odpokutować grzech młodości, poślubia Agatę i uznaje oficjalnie Fryderyka za syna. Pognębiony hrabia Cassel daje za wygraną i wycofuje się, a Amelia poślubia nieśmiałego Anhalta. (Niniejsze streszczenie zaczerpnąłem głównie z książki Clary Linklater Thmoson Jane Austen, a Survey z 1929 roku).

Autorka wybrała tę sztukę nie dlatego, że uważała ją za szczególnie niemoralną, lecz głównie dlatego, że odznacza się ona wyjątkowo odpowiadającą jej celom obfitością ról, którymi można obdzielić bohaterów książki. Niemniej jednak widać wyraźnie, że patrzy z dezaprobatą na wybór młodych Bertramów i ich przyjaciół, nie tylko dlatego, że sztuka traktuje o bękarcie, czy dlatego, że stwarza okazję do bardziej otwartych i śmiałych kwestii i działań dotyczących miłości cielesnej, niż byłoby to stosowne dla młodych, szlachetnie urodzonych panien i kawalerów, ale także dlatego, że Agata -niezależnie od szczerości jej skruchy - kochała miłością grzeszną i urodziła bękarta, co czyni jej rolę absolutnie nieodpowiedzialną dla niezamężnej dziewczyny. Obiekcje te nie zostały nigdzie wyartykułowane, ale bez wątpienia grają wielką rolę w wywołaniu u czytającej sztukę Fanny, a także, przynajmniej na początku, u Edmunda, który uważa i sam temat, i fabułę za gorszącą, rozterek moralnych. Korzystając z samotności [Fanny] wzięła pozostawiony na stole tomik i zaczęła czytać sztukę, o której tyle słyszała. Była jej ogromnie ciekawa i spiesznie zapoznała się z tekstem, przerywając od czasu do czasu lekturę w zdumieniu, iż coś podobnego można było zaproponować na domowe przedstawienie. Wydało się jej, że Agata i Amelia to postacie z różnych powodów tak nieodpowiednie na domowy teatr - pozycja jednej i język drugiej tak niewłaściwe, iż niepodobna, aby skromne panny mogły się podjąć takich ról. Pewno kuzynki nie zdają sobie sprawy, do czego się wzięły. Pragnęła, by zrozumiały to jak najszybciej, pod wpływem wspomnień, jakich Edmund na pewno im nie poskąpi[1]. Nie ma powodu, by sądzić, że odczucia Jane Austen nie są zbieżne z odczuciami Fanny. Rzecz jednak nie w tym, że należy potępić jako niemoralną samą sztukę, ale że nadaje się ona tylko dla profesjonalnego teatru i aktorów, jest natomiast zupełnie nieodpowiednia dla Bertramów i ich przyjaciół.

Teraz następuje podział ról. Biegiem wypadków kieruje sterowane przez artystkę przeznaczenie, a zatem prawdziwe relacje pomiędzy postaciami książki będą odtąd ukazywane poprzez relacje łączące postacie ze sztuki. Henry Crawford wykazuje diabelski zaiste spryt, manewrując tak, by zapewnić sobie i Marii właściwe role - to znaczy takie (Fryderyk i Agata, jego matka), które stwarzają okazję do ciągłego przebywania razem i do ciągłych wzajemnych uścisków. Yates natomiast, który zdążył się zadurzyć w Julii, jest zły, że ta dostała pomniejszą rólkę żony wieśniaka, którą zresztą odrzuca. - Co takiego! - zakrzyknął pan Yates. - O czym też pan mówisz? Najbardziej błaha, licha, niepozorna rola, po prostu żadna - ani jednej znośnej kwestii. Twoja siostra ma ją grać? Taka propozycja o obraza. W Eccelsord miała to grać guwernantka. Uznaliśmy wszyscy, że nikomu innemu nie można tej roli proponować. Ale Tom nie ustępuje: Nie, Julia nie powinna grać Amelii. To nie jest rola dla niej. Nie będzie jej chciała, nie wyjdzie w niej dobrze. Jest za wysoka, zbyt krzepka. Amelia powinna być drobna, dziewczęca, lekka, zwiewna. Panna Crawford i tylko panna Crawford pasuje do tej roli. Ma odpowiedni wygląd i jestem przekonany, że wypadnie znakomicie. Henry Crawford, który zapobiegł przydzieleniu Julii roli Agaty, przekonując towarzystwo z wielką żarliwością, jak bardzo nadaje się do niej Maria, próbuje naprawić szkody, namawiając ją, żeby mimo wszystko zagrała Amelię, ale zazdrosna Julia jest podejrzliwa co do jego motywów. Z gwałtownym oburzeniem i drżącym głosem czyni mu wymówki, a kiedy Tom upiera się, że tylko panna Crawford nadaje się do roli Amelii, jej reakcja jest następująca: Nie obawiaj się, że pragnę tej roli - zawołała Julia z gniewnym pośpiechem. - Nie mogę grać Agaty, a niczego innego grać nie będę, jeśli zaś idzie o Amelię, to dla mnie najbardziej w świecie abominacyjna rola. Jest mi wstrętna. [...] Powiedziawszy to, wymaszerowała spiesznie z pokoju, budząc w niejednej osobie konsternację, lecz nie budząc współczucia w nikim prócz Fanny, która była cichym świadkiem tej sceny i szczerze żałowała Julii, zdając sobie sprawę, że przyczyną jej oburzenia jest zazdrość.

Dyskusja nad pozostałymi rolami, zwłaszcza zachłanność Toma zagarniającego dla siebie role komiczne, daje czytelnikowi lepszy obraz młodych ludzi. Rushworth, nadęty bałwan, dostaje rolę hrabiego Cassela, do której idealnie wprost pasuje i wręcz rozkwita w swoim różowo-niebieskim atłasowym kostiumie, dumny z czterdziestu dwóch kwestii, których tak naprawdę nigdy nie zdoła nauczyć się na pamięć. Młodych ludzi ogarnia, ku wielkiemu strapieniu Fanny, prawdziwa gorączka. Sztuka zapowiada się jako istna orgia libertynizmu, zwłaszcza ze względu na grzeszną namiętność Marii Bertram i Herny'ego Crawforda. Następuje moment krytyczny w rozdziale ról - pojawia się problem, kto zagra Anhalta, młodego nauczyciela-pastora? Los wskazuje najwyraźniej na Edmunda, niechętnego graniu tej roli, w której byłby zmuszony do zakochania się w Amelii-Mary Crawford. Oszałamiająca namiętność, jaka budzi w nim Mary, bierze w końcu górę nad skrupułami. Edmund przyjmuje rolę, bo nie może znieść myśli, że zostałby do niej zaangażowany Charles Maddox, ich młody znajomy spoza ścisłego kręgu towarzyskiego z Mansfield Park, i że Mary miałaby obudzić gorące uczucia w innym. Wyjaśnia Fanny, dość zresztą mętnie, że przyjmuje rolę, żeby nie dopuścić do nadmiernego rozgłosu, utrzymać całe to szaleństwo teatralne w ryzach, ograniczyć liczbę uczestników do rodziny i najbliższych przyjaciół. Ściągnąwszy go niejako do swego poziomu, brat i siostra Edmunda witają go radośnie w gronie aktorów, ale cynicznie ignorują jego żądanie dyskrecji i zaczynają zapraszać wszystkie rodziny z najbliższego sąsiedztwa na przygotowany spektakl. Następuje coś w rodzaju prologu, kiedy Fanny zostaje zmuszona do wysłuchania najpierw partii Mary Crawford przepowiadającej swoją rolę, a potem Edmunda ćwiczącego swoją. Pokój Fanny jest miejscem ich spotkań; w ten sposób dziewczyna staje się łączącym tych dwoje ogniwem: Kopciuszkiem, uprzejmym, delikatnym, wyzbytym nadziei, zaspokajającym zachcianki innych.

Aby można było przeprowadzić kompletną próbę trzech aktów sztuki, należy obsadzić jeszcze jedną, ostatnią rolę. Początkowo Fanny stanowczo odrzuca propozycję zagrania roli żony wieśniaka, którą wcześniej odrzuciła Julia; nie wierzy w swoje zdolności aktorskie, a instynkt ostrzega ją przed udziałem w przedstawieniu. Rolę przyjmuje w końcu pani Grant, ale kiedy w przeddzień próby okazuje się, że nie będzie mogła w niej uczestniczyć, Fanny ulega namowom, zwłaszcza Edmunda, żeby przynajmniej przeczytać jej kwestie. Wymuszona zgoda Fanny przezwycięża jak gdyby działanie złego uroku. Niewinność dziewczyny, wkroczywszy do boju, rozpędza diabły flirtu i rozprasza grzeszne namiętności. Ale próba nie zostaje doprowadzona do końca. Rozpoczęli - a zbyt ich pochłaniał hałas, jaki podnosili, by zdołali zwrócić uwagę na niecodzienne odgłosy dochodzące z innej części domu, i grali jakiś czas, kiedy drzwi do pokoju rozwarły się z trzaskiem i stanęła w nich Julia z twarzą bladą jak ściana, wołając: - Ojciec przyjechał. Właśnie wszedł do hallu. Tak więc Julia dostaje w końcu najważniejszą rolę i na tym kończy się pierwszy tom powieści.

Pod batutą miss Austen dwaj przyciężcy ojcowie, pozbawiony poczucia humoru duet rodzicielski - czyli Yates w roli posępnego barona Widlenheima i sir Thomas Bertram w roli sir Thomasa Bertrama - spotykają się w salce bilardowej. Z ukłonem i czarującym uśmiechem Yates przekazuje rolę zasadniczą ojcu sir Thomasowi. Wszystko to wygląda na coś w rodzaju epilogu, finałowej jednoaktówki. Ruszył więc do teatru [Tom] i znalazł się tam akurat na czas, by być świadkiem pierwszego spotkania ojca z panem Yatesem. Sir Thomas bardzo się zdumiał, zobaczywszy zapalone świece w swoim pokoju, a rozejrzawszy się wokół, zauważył inne dowody czyjejś niedawnej tu bytności i poprzestawiane meble. Uderzyło go zwłaszcza, że zniknęła biblioteczka zasłaniająca drzwi do sali bilardowej, lecz niewiele miał czasu, by się tym zdumiewać, gdyż dźwięki dochodzące spoza tych drzwi zdumiały go jeszcze bardziej. Ktoś tam za drzwiami gadał, bardzo głośno akcentując słowa - głos był nieznany - więcej niż gadał - niemal wykrzykiwał. Sir Thomas podszedł do drzwi, rad w tym momencie, że ma łatwą komunikację, i otworzywszy je, znalazł się na scenie teatru, na wprost deklamującego patetycznie młodego człowieka, który wykonał taki gest, jakby chciał przewrócić wchodzącego na plecy. W tej samej chwili, kiedy Yates zobaczył sir Thomasa i wykonywał najlepszy odruch przerażenia ze wszystkich, jakie mu się udały na próbach, Tom Bertram wszedł z drugiej strony na salę; nigdy w życiu nie było mu trudniej zachować powagi. Wyraz dostojeństwa i zdumienia na twarzy ojca, kiedy po raz pierwszy znalazł się na scenie teatru, i stopniowe przeistoczenie roznamiętnionego barona Wildenheima w dobrze wychowanego, swobodnego pana Yatesa, który kłaniał się i przepraszał sir Thomasa Bertrama - to był popis tak doskonałego aktorstwa, że Tom nie wyrzekłby się go za żadne skarby świata. Odegrana została ostatnia - wedle wszelkiego prawdopodobieństwa - scena w tym teatrze, ale niewątpliwie trudno o doskonalszą. Teatr został zamknięty u szczytu swojej kariery.

Nie czyniąc nikomu wyrzutów, sir Thomas odprawia malarza dekoracji i każe stolarzowi rozebrać wszystko, co ten postawił w sali bilardowej. W kilka dni później pan Yates również wyjechał. Tym wyjazdem sir Thomas był najbardziej zainteresowany; dla człowiek, który chciał pozostawać sam na sam z rodziną [...] dla sir Thomasa to, czy pan Crawford wyjechał, czy pozostał, było zupełnie obojętne, lecz życzenia dobrej podróży, jakie składał panu Yatesowi, odprowadzając go do drzwi wejściowych, wypowiadał ze szczerą satysfakcją. Pan Yates został na tyle długo, by być świadkiem zniszczenia wszystkich teatralnych przygotowań we dworze; usunięcia wszystkiego, co miało jakikolwiek związek ze sztuką; opuszczał dwór godny i stateczny, jeśli idzie o ogólny charakter. Odprowadzając gościa, sir Thomas miał nadzieję, że pozbywa się najgorszego składnika całego projektu[2] i ostatniego, jaki musiał mu nieuchronnie ten projekt przypominać.
Pani Norris udało się usunąć mu sprzed oczu jeszcze jeden przedmiot, który mógłby go zdenerwować. Kurtyna, nad którą pracowała z takim talentem i sukcesem, powędrowała z nią do jej domku, gdzie akurat bardzo potrzebny był zielony ryps.

* * *

Henry Crawford kończy gwałtownie flirt z Marią, wyjeżdżając do Bath, zanim zdąży się głębiej zaangażować. Sir Thomas początkowo aprobuje Rushwortha, ale szybko się doń rozczarowuje i sugeruje Marii, by ta, jeśli chce, zerwała zaręczyny. Widzi, że Maria traktuje Rushwortha pogardliwie. Maria nie chce skorzystać z propozycji. W obecnym stanie ducha rada była z podjęcia nieodwracalnej decyzji o swoim losie - z ponownych zrękowin w Sotherton, z przekreślenia możliwości triumfu Crawforda, gdyby pozwoliła by decydował o jej czynach i zniszczył jej perspektywy - i odeszła, dumna i zdecydowana, postanawiając tylko w przyszłości być bardziej ostrożna w stosunku do pana Rushwortha, aby nie wzbudzać w ojcu podejrzeń. W stosownym czasie odbywa się ślub i młoda para wyjeżdża na miesiąc miodowy do Brighton, zabierają ze sobą Julię.

Fanny zjednuje sobie bez reszty sir Thomasa i staje się jego ulubienicą. Kryjąc się przed nagłą ulewą na plebani, nawiązuje, pomimo pewnej rezerwy ze swej strony, bliższą znajomość z Mary Crawford i w pewnej chwili słyszy, jak Mary gra na swej harfie ulubiony utwór Edmunda. Zażyłość, jaka się miedzy nimi wytwarza, prowadzi do zaproszenia Fanny i Edmunda do plebani na obiad, na którym Fanny spotka Henry'ego Crawforda, bawiącego tu właśnie z kilkudniową wizytą. W tym momencie następuje kolejny, ważny dla struktury powieści zwrot, bo Henry, urzeczony rozkwitającą urodą Fanny, postanawia przedłużyć swój pobyt do dwóch tygodni i zabawić się jej kosztem, rozkochując dziewczynę w sobie. Rodzeństwo Crawfordów omawia niefrasobliwie ów projekt. Henry oświadcza Mary: Ty ją widujesz codziennie, więc tego nie dostrzegasz, ale zapewniam cię, że to dzisiaj osoba całkiem różna od tej, którąśmy oglądali na jesieni. Wtedy była cichą, skromną niebrzydką dziewczyną, a teraz jest wprost śliczna. Zwykłem sądzić, że brak jej kolorytu i wyrazu, a przecież ile jest piękna w tej delikatnej skórze, tak często zabarwianej rumieńcem, jak to się wczoraj działo; jeśli zaś idzie o jej oczy i usta, to po tym, com wczoraj zobaczył, nie wątpię, że potrafią być wyraziste, kiedy chcą coś wyrazić. No a poza tym sposób w jaki się nosi, jej obejście, cała powierzchowność - jakiej to wszystko uległo niesłychanej poprawie. Musiała od października urosnąć co najmniej dwa cale.

Siostra pokpiwa z jego kaprysu, ale przyznaje, że Fanny ma ten rodzaj urody, jaki na człowieku dojrzewa. Henry zwierza się z kolei, że pociąga go głównie niedostępność Fanny. Nigdy jeszcze w życiu nie byłem tak długo w towarzystwie panny, którą starałem się zabawić z tak mizernym skutkiem. Nigdy nie spotkałem panny, która patrzyłaby na mnie tak surowo. Muszę sobie z tym poradzić. Mówiła swoim wyglądem: 'Ja cię nie polubię. Postanowiłam sobie, że cię nie polubię'. A ja powiadam, że polubi. Tu Mary protestuje: nie pozwoli unieszczęśliwić Fanny. Kategorycznie żądam, żebyś jej nie unieszczęśliwił naprawdę; odrobinka miłości może by się jej przydała, trochę ją ożywiła, ale nie życzę sobie, byś ją pogrążył [...]. Henry odpowiada, że flirt nie potrwa dłużej niż dwa tygodnie. Nie, nie, nic złego jej nie zrobię, biednej małej. Chcę tylko, żeby patrzyła na mnie przychylnym okiem, darzyła mnie i uśmiechem, i rumieńcem, zachowała dla mnie krzesło przy sobie zawsze i wszędzie i ożywiała się, kiedy na nim usiądę i zacznę z nią rozmawiać, by myślała tak, jak ja myślę, interesowała się moimi rozrywkami i wszystkim, co moje, by starała się zatrzymać mnie dłużej w Mansfield, a kiedy wyjadę - by uważała, że nigdy w życiu nie zazna szczęścia. Nic więcej nie chcę.
- Szczyt umiarkowania - oświadczyła Mary. - Nie mam wobec tego żadnych zastrzeżeń. [...]

I nie próbując go dłużej napominać, zostawiła Fanny własnemu losowi - losowi, który mógł się okazać okrutniejszy, niż na to zasługiwała, gdyby na straży jej serca nie stało coś, o czym pannie Crawford nawet się nie śniło [...]

Po latach spędzonych na morzu wraca brat Fanny, William, i na zaproszenie od sir Thomasa składa wizytę w Mansfield Park: [...] sir Thomas z przyjemnością powitał swego protegowanego, jakże innego od młodego chłopca, którego wyposażył przed siedmiu laty. Był to teraz młody mężczyzna o miłym, otwartym wejrzeniu i obejściu szczerym i bezpośrednim, a przy tym ciepłym i pełnym szacunku, co pozwalało przyjąć go jako przyjaciela. Fanny jest wprost zachwycona obecnością ukochanego Williama, który zresztą także darzy swą siostrzyczkę najgorętszymi uczuciami.

Henry Crawford patrzy z zachwytem na rumieniec na buzi Fanny, na jej roziskrzony wzrok, na najżywsze zainteresowanie, skupienie całej uwagi, gdy brat opisywał jakieś niebezpieczeństwo zagrażające na morzu czy jakieś straszliwe wydarzenie, a długi czas spędzony na okręcie mógł takich zdarzeń dostarczyć w obfitości.
Henry Crawford obdarzony był dostatecznym moralnym smakiem, by docenić ten obrazek. Fanny stała się bardziej ponętna - dwakroć bardziej - gdyż jej uczuciowość, krasząca policzki i rozświetlająca buzię, sama w sobie była ponętna. Nie wątpił już, że może zdobyć jej serce. Zdolna była do uczuć, prawdziwych uczuć. To nie byle o, być kochanym przez taką dziewczynę, wzniecić pierwszy żar tego młodego, niewinnego serca. Zainteresowała go bardziej niż przypuszczał. Dwa tygodnie nie wystarczą. Przedłużył swój pobyt w nieskończoność.

Cała rodzina Bertramów uczestniczy w obiedzie na plebani. Po obiedzie, kiedy starsi zasiadają do partyjki wista, młodsi, razem z lady Bertram, grają w tzw. spekulację. Henry, który przejeżdżał przypadkiem konno w pobliżu przyszłej parafii Edmunda w Thornton Lacey i jest pod wielkim wrażeniem domu i jego okolicy, namawia Edmunda do wprowadzenia pewnych ulepszeń, jak to już czynił wcześniej w przypadku posiadłości Rushwortha. To zastanawiające, jak kwestia ulepszeń łączy się u Henry Crawforda z jego flirtami. Obie te sprawy są niejako funkcjami idei nieustannego planowania, knucia. Wcześniej planował ulepszenia w posiadłości Rushwortha i uwiedzenie jego narzeczonej, Marii. Ale teraz chodzi o przyszłą rezydencję Edmunda i teraz Crawford zamierza podbić serce jego przyszłej żony, Fanny Price. Nalega, żeby pozwolono mu wynająć dom, tak by mógł kontynuować, doskonalić i pogłębiać tę przyjaźń i zażyłość z rodziną z Mansfield Park, która z każdym dniem staje się dla niego ważniejsza.

Sir Thomas odmawia mu w przyjaznym tonie i wyjaśnia, że Edmund po wyświęceniu, które ma nastąpić już za parę tygodni, nie będzie mieszkał w Mansfield, lecz przeniesie się do Thornton Lacey, by zajmować się swymi parafianami (Henry nie dopuszcza myśli, że Edmund nie przekaże w końcu komuś innemu swoich duszpasterskich obowiązków). Z uporem powtarzana przez Henry'ego opinia, że dom mógłby być czymś więcej niż plebanią, że można by go przekształcić w okazałą rezydencję dżentelmena, wywołuje zainteresowanie Mary Crawford. Cała ta rozmowa jest misternie spleciona z rozgrywaną partyjką spekulacji, a panna Crawford, licytując, istotnie spekuluje, czy powinna wyjść za Edmunda-duchownego, czy też nie. To swoiste echo toku myśli, jakim jest przebieg gry w karty, przypomina podobną grę między fikcją a rzeczywistością, jaką mieliśmy wcześniej w rozdziale poświęconym próbie, kiedy to Mary odgrywała na oczach Fanny Amelię przed Edmundem-Anhaltem. Ów motyw planowania i knucia, w powiązaniu z motywem ulepszeń w posiadłości, próbami przedstawienia i grą w karty, tworzy w powieści Austen piękny, misterny wzór.

Bal w rozdzialee 26. jest kolejnym przykładem rozwoju strukturalnego. Przygotowania do balu budzą różne emocje, towarzyszą im też rozmaite działania, a to pomaga kształtować i rozwijać opowieść. Urzeczony kwitnącą urodą Fanny sir Thomas, chcąc sprawić jej i Williamowi przyjemność postanawia wydać bal na jej cześć i angażuje się w ten projekt z takim zapałem, z jakim jego syn Tom planował wcześniej wystawienie sztuki. Edmund jest bez reszty pochłonięty myślami o dwóch zbliżających się wydarzeniach, które mają całkowicie zmienić jego życie: przyjęciem tuż po Bożym Narodzeniu święceń i ślubem z Mary, na który zresztą na razie ma tylko nadzieję. Rezerwacja dwóch pierwszych tańców z panną Crawford jest jednym z tych zamysłów, które nadają bieg fabule książki i czynią z balu wydarzenie o charakterze strukturalnym. To samo można powiedzieć o przygotowaniach Fanny. Austen stosuje spajające zabiegi, jakie obserwowaliśmy w epizodzie wizyty w Sotherton i w scenach prób sztuki. William ofiarowuje Fanny pierwszą rzecz, jaką dziewczyna dostaje w życiu - bursztynowy krzyżyk przywieziony z Sycylii. Ale Fanny może go zawiesić tylko na wstążeczce i obawia się, że nie jest ona odpowiednia do tego celu. Powstaje też kwestia jej sukni, co do której zasięga rady panny Crawford. Kiedy Mary dowiaduje się przy okazji o problemie z krzyżykiem, zmusza Fanny do przyjęcia naszyjnika, który kiedyś dostała od brata, stwierdzając, iż Fanny powinna go przyjąć tym bardziej, że kupił go właśnie Henry. Pomimo poważnych wątpliwości związanych z osobą ofiarodawcy, Fanny ulega w końcu namowom i przyjmuje prezent. Potem dowiaduje się, że Edmund kupił jej prosty, złoty łańcuszek do krzyżyka. Proponuje, że zwrócić naszyjnik Mary, ale Edmund, zachwycony tym zbiegiem okoliczności i tym nowym dowodem dobrego - w jego mniemaniu - charakteru panny Crawford, nalega żeby Fanny zatrzymała podarunek. Fanny rozwiązuje problem, postanawiając założyć na bal i łańcuszek, i naszyjnik, ale ku jej radości okazuje się, że naszyjnik jest za gruby, żeby mogła nawlec nań krzyżyk. Motyw naszyjnika w bardzo zgrabny sposób łączy pięć postaci - Fanny, Edmunda, Henry'ego, Mary i Williama.

Bal jest kolejnym wydarzeniem, w trakcie którego ujawniają się charakterystyczne cechy postaci: mamy tu szorstką i irytująco aktywną panią Norris, którą widzimy przelotnie, zajętą rozgrzebywaniem i niszczeniem wspaniałego ognia rozpalonego na kominku (perfekcja stylu Austen przejawia się w tym miejscu choćby użyciem słówka niszczenie [w oryg. injuring - ranienie, kaleczenie; Z.B.]; nawiasem mówiąc, jest to jedyna naprawdę oryginalna metafora w książce); następnie lady Bertram, która bez zmrużenia oka stwierdza, że Fanny wygląda tak świetnie tylko dlatego, iż pomagała jej się ubrać pani Chapman, jej, lady Bertram, pokojówka (w rzeczywistości Chapmman została wysłana zbyt późno, bo Fanny zdążyła się już ubrać sama); dalej sir Thomas; wreszcie młodych ludzi odgrywających swe role. Pannie Crawford nie przychodzi do głowy, że Fanny tak naprawdę kocha się w Edmundzie i Henry zupełnie jej nie obchodzi. Mary popełnia gafę, wypytując Fanny ze znaczącym uśmieszkiem, czy ta wie, po co Henry jedzie następnego dnia do Londynu. Panna Crawford chce wprawić jej [Fanny] serduszko w szczęśliwy trzepot i napełnić ją cudownym poczuciem własnej ważności, a kiedy Fanny zapewnia ją z całą szczerością, że nie wie, jaki jest cel podróży Henry'ego, odpowiada: Musze więc wnosić, że robi to tylko po to, by mieć przyjemność przewiezienia twego, pani, brata i rozmawiania z nim w drodze o tobie (William musi wraca na statek). Fanny jest speszona i niezadowolona, a panna Crawford dziwiąc się, że jej rozmówczyni nie odpowiada uśmiechem, bierze jej zakłopotanie za dowód nadmiernej ochoty albo dziwactwa, albo wszystkiego innego, tylko nie za obojętność wobec atencji Henry'ego. Edmundowi bal przynosi niewiele radości. Najpierw przyszły pastor wdaje się w kolejny spór z panną Crawford, gdyż ta zrobiła mu wielką przykrość sposobem wyrażania się o zawodzie, który miał zamiar wkrótce podjąć. Rozmawiali - i milczeli, on argumentował, ona drwiła, i wreszcie rozstali się, oboje gniewni.

Sir Thomas, widząc zainteresowanie Henry'ego osobą Fanny, zaczyna dochodzić do wniosku, że taki mariaż byłby ze wszech miar korzystny. Przed wyjazdem do Londynu, który ma nastąpić rankiem po balu, sir Thomas zaprasza Crawforda po chwili zastanowienia, by zamiast jeść rano samotnie, przyszedł na wczesne śniadanie do dworu; on sam również siądzie do stołu. Zaproszenie zostało przyjęte ze skwapliwością, która upewniła go, że podejrzenia, z jakich, co przyznawał przed sobą, wziął się w dużej mierze ten bal, były uzasadnione. Pan Crawford był zakochany w Fanny. Sir Thomas z przyjemnością przewidywał, co będzie dalej. Tymczasem siostrzenica nie podziękowała mu za to, co zrobił. Liczyła, że w ten ostatni ranek będzie miała Williama wyłącznie dla siebie. Byłby to dla niej najwspanialszy prezent. Choć jednak jej marzenia legły w gruzach, nie podniósł się żaden sprzeciw w jej sercu. Wręcz przeciwnie; tak była nienawykła, by pytano, co jej sprawi przyjemność, lub by cokolwiek działo się tak, jak by tego chciała, że bardziej była skłonna dziwić się i cieszyć, iż udało się jej w pewnej mierze przeprowadzić swoją wolę [że zje śniadanie z nimi, zamiast spać], niż martwić się późniejszym zawodem. O trzeciej sir Thomas każe jej iść spać, choć bal toczy się dalej, bo kilka najbardziej wytrwałych par tańczy. Sir Thomas odsyłając ją na górę myślał, być może, nie tylko o jej zdrowiu. Mogło mu przyjść do głowy, że pan Crawford dość już przy niej siedział, a może chciał zarekomendować jej zaloty na żonę; pokazując, jak łatwo poddaje się cudzej woli. Niezłe, jak na zakończenie!

* * *

Edmund wyjeżdża na tydzień, żeby odwiedzić przyjaciela w Peterborough. Jego nieobecność pobudza do działania Mary, która żałuje swojego zachowania na balu i próbuje wyciągnąć od Fanny jakieś informacje na temat uczuć Edmunda. Henry powraca z Londynu z niespodzianką dla swej siostry. Otóż doszedł do wniosku, że jest zakochany w Fanny, nie będzie jej zatem więcej traktował lekko, i pragnie ją poślubić. Przywozi także niespodziankę dla Fanny, w postaci listów potwierdzających, że admirał Crawford użył na prośbę bratanka wszelkich wpływów dla poparcia promocji Williama i że ten otrzyma od dawna upragniony stopień porucznika. Niemal jednym tchem Henry Crawford oświadcza się Fanny; jest to dla niej tak zaskakujące i tak jej zarazem niemiłe, że zmieszanej Fanny nie pozostaje nic innego, jak uciec. Panna Crawford przekazuje jej liścik na ten temat: Moja kochana Fanny - bo tak już Cię mogę zawsze nazywać ku niewysłowionej uldze języka, który potykał się na 'pani' od przynajmniej sześciu ostatnich tygodni. Nie mogę pozwolić Henry'emu, by wyszedł, nie dając mu dla Ciebie tych kilku słów gratulacji oraz wyrazów mojej radosnej zgody i aprobaty. Naprzód, moja kochana Fanny, nie lękaj się niczego, nie będzie żadnych trudności, o jakich warto wspomnieć. Pozwalam sobie sądzić, że zapewnienie o mojej zgodzie będzie miało dla Ciebie pewne znaczenie, tak więc możesz się do niego dziś wieczór uśmiechać swoim najsłodszym uśmiechem i odesłać mi go szczęśliwszego, niż kiedy wychodził Twoja oddana M.C.. Styl panny Crawford jest powierzchownie elegancki, ale przy bliższym zbadaniu okazuje się banalny, wręcz trywialny. Pełno gładkich klisz, jak ów najsłodszy uśmiech, który zupełnie nie pasuje do osoby Fanny. Tego samego dnia wieczorem zjawia się Henry i nalega, by Fanny odpowiedziała na list jego siostry. Biedna dziewczyna, mając jedno przede wszystkim na względzie, a mianowicie, by się nie mogło zdawać, że wzięła cokolwiek na serio, napisała z drżeniem serca i ręki, co następuje:
'Jestem Pani bardzo zobowiązana, droga panno Crawford, za gratulacje, jeśli dotyczą mojego najdroższego Williama. Reszta Pani liściku, wiem dobrze, nic nie znaczy, tak jednak mało się znam na tego rodzaju sprawach, że liczę, iż mi Pani, wybaczy, kiedy poproszę, byś więcej o tym nie wspominała. Zbyt wiele widywałam pana Crawforda, bym nie znała jego sposobu bycia; gdyby n mnie równie dobrze znał, sądzę, że nie zachowywałby się w ten sposób. Nie bardzo wiem, co piszę, ale byłabym bardzo zobowiązana, gdyby Pani nigdy więcej nie mówiła o tej sprawie. Dziękując za zaszczyt, jakim był list Pani, pozostaję etc. etc...'

Jej styl dla odmiany odznacza się energią, klarownością i precyzją. Tym właśnie listem kończy się tom drugi.
W tym miejscu sir Thomas, człowiek zasadniczy, używając całego swego autorytetu, by skłonić delikatną Fanny do poślubienia Crawforda, nadaje książce nowy impet pod względem strukturalnym. Robi to on, który wydał córkę za pana Rushwortha. Z pewnością nie należy do niego oczekiwać romantycznej wrażliwości. Cała scena rozmowy sir Thomasa z Fanny we wschodnim pokoju (rozdział 32) jest cudowna, należy wręcz do najlepszych w książce. Sir Thomas jest bardzo niezadowolony i ku wielkiemu strapieniu Fanny okazuje to swoje niezadowolenie, ale nie może wymusić na dziewczynie zgody. Fanny nie jest bynajmniej pewna, czy Crawford ma poważne zamiary, i woli sobie wyobrażać, że jego propozycja jest jedynie przejawem zwykłej galanterii. Co więcej, żywi niezbite przekonanie, że różnica charakterów uczyniłaby ich małżeństwo prawdziwą katastrofą. Sir Thomas wyraża w pewnej chwili lekkie zaniepokojenie, czy to nie szczególne uczucie dla Edmunda powstrzymuje Fanny przed przyjęciem oświadczyn, ale ona stanowczo zaprzecza. Mimo wszystko wyczuwa jego zdecydowaną dezaprobatę. Przerwał. Fanny szlochała tak gorzko, że choć był bardzo zagniewany, nie chciał już ciągnąć tego wywodu. Serce omal jej nie pękło, gdy mówił, jak o niej myśli, gdy rzucał na nią oskarżenia tak poważne, tak liczne, coraz to okropniejsze. Samowolna, uparta, samolubna i niewdzięczna. Tak o niej myśli. Zawiodła jego nadzieje, utraciła jego dobrą opinię. Co się z nią stanie?.

Zachęcany przez sir Thomasa Crawford nie przestaje wywierać na nią nacisku i konsekwentnie jej adorować. Kiedy Edmund wraca któregoś wieczoru do domu, widzi scenę, która jest jak gdyby kontynuacją i uwzniośloną wersją motywu sztuki teatralnej: Crawford czyta fragmenty z Henryka VIII, bez wątpienia jednej z najsłabszych sztuk Szekspira. W 1808 roku było jednak rzeczą naturalną, że przeciętny czytelnik wolał dramaty historyczne Szekspira od boskiej poezji jego fantastycznych, wspaniałych tragedii, takich jak Król Lir czy Hamlet. Motyw sztuki jest zgrabnie powiązany z motywem ordynacji (Edmund jest już wyświęcony) dzięki rozmowie dwóch mężczyzn o sztuce czytania, a przy okazji także sztuce wygłaszania kazań. Edmund omawia z Crawfordem przebieg swego pierwszego nabożeństwa: [...] zaczął go [Henry Edmunda] wypytywać, jak to przeżywał i jak mu poszło. Te pytania - choć zadawane z całą żywiołowością przyjaznego zainteresowania i śmiałością gustów, nie miały cech kpiarstwa czy lekkomyślności, której, jak Edmund wiedział, Fanny uznałaby za obraźliwe, odpowiedział więc na nie z prawdziwą przyjemnością, kiedy zaś Crawford pytał go o zdanie i mówił, jak według niego powinno się najwłaściwiej podawać poszczególne fragmenty tekstu podczas nabożeństwa, z czego wynikało, że sam już się nad tym uprzednio zastanawiał, i to rozsądnie zastanawiał, Edmund był coraz bardziej rad. To była właściwa droga do serca Fanny. Nie mógł jej zdobyć dowcip, galanteria i życzliwość razem wzięte, a w każdym razie nie mogły jej zdobyć szybko, gdyby nie miały wsparcia uczuć, wrażliwości i powagi okazywanej przy poważnych zagadnieniach[3].
Z właściwą sobie łatwością Crawford wciela się w rolę popularnego londyńskiego kaznodziei. Prawdziwie dobre kazanie, prawdziwie dobrze wygłoszone to niesłychana satysfakcja. Kiedy je słyszę, mam dla mówcy największy podziw i szacunek i przychodzi mi niemal ochota przyjąć święcenia i zacząć wygłaszać kazania. [...] Ale też chciałbym mieć londyńskich słuchaczy. Mógłbym mówić kazania tylko do ludzi wykształconych, takich, którzy byliby zdolni ocenić ich kompozycję. I nie sądzę, bym lubił często kazać; ot, może od czasu do czasu, raz czy dwa na wiosnę, kiedy by mnie niecierpliwie wyczekiwano po kilkudziesięciu niedzielach. Ale nie stale. Nie odpowiadałaby mi stałość. Ta teatralna interpretacja jakoś nie razi Edmunda, bo Crawford jest bratem Mary. Ale Fanny z dezaprobatą kręci głową.

Zasadniczy sir Thomas nakłania teraz ciężkawego Edmunda, żeby porozmawiał z Fanny o Crawfordzie. Edmund przyznaje na wstępie rozmowy, że owszem, wie, iż Fanny nie kocha Crawforda, ale ton jego argumentacji jest taki, że jeśli dziewczyna zaakceptuje awanse Henry'ego, nauczy się go z czasem cenić, pokocha go i stopniowo rozluźni więzi łączące ją z Mansfield, które sprawiają, że nie dopuszcza do siebie myśli o wyjeździe. Rozmowa przeradza się wkrótce w jednej wielki pean na cześć Mary Crawford wygłaszany przez zakochanego Edmunda, który już widzi siebie jako szwagra Fanny. Końzy się to wszystko motywem, który można by określić jako motyw czujności: oświadczyny były, zdaniem Edmunda, zbyt nieoczekiwane i zapewne dlatego zostały przyjęte z taką rezerwą. Powiedziałem im [pani Grant i pannie Crawford], że z wszystkich istot na świecie jesteś tą, nad którą największą władzę ma przyzwyczajenie, a najmniejszą - nowość, i że sam fakt nowości oświadczyn Crawforda był przeciwko niemu. Ich nagłość i nowość były jego przeciwnikiem; mówiłem, że nie znosisz rzeczy, do jakich nie przywykłaś, i jeszcze wiele na ten temat, aby mogły lepiej zrozumieć twój charakter. Panna Crawford rozbawiła nas ogromnie swoimi pomysłami dodania bratu otuchy. Postanowiła zachęcać go do trwałości w nadziei, że we właściwym czasie zostanie pokochany i że jego zaloty zostaną życzliwie przyjęte pod koniec dziesięciu lat szczęśliwego pożycia małżeńskiego.
Fanny z trudnością przymusiła się do uśmiechu, o który w tym momencie prosił. W uczuciach jej panował zamęt. Obawiała się, że postępuje niewłaściwie, mówi zbyt wiele, przesadza z ostrożnością, którą uważała za niezbędną, wystrzegając się jednego zła [ujawnienia swej miłości do Edmunda], wystawia się na inne, a w dodatku dolegało jej to ustawiczne wspominanie, w takim momencie i w rozmowie na taki temat, żywego charakteru panny Crawford.
Przekonanie Edmunda, że jedyny powód, dla którego Fanny odrzuciła awanse Crawforda, to nowość całej sytuacji, jest czynnikiem strukturalnym, ponieważ dalszy tok książki wymaga jednego: aby Crawford pozostał jak gdyby w zawieszeniu, aby mógł trwać w swych staraniach o rękę Fanny. W ten sposób łatwe wytłumaczenie sprawy pozwala mu kontynuować umizgi, przy pełnej zgodzie sir Thomasa i Edmuna. Wielu czytelników, a zwłaszcza czytelniczek, nie może wybaczyć delikatnej i wrażliwej Fanny tego, że kocha się w takim nudziarzu jak Edmund, ale tu mogę tylko powtórzyć, że najgorszym sposobem czytania książek jest infantylne identyfikowanie się z fikcyjnymi bohaterami, tak jakby byli realnymi, żywymi ludźmi. W rzeczywistości zresztą słyszymy bardzo często o wrażliwych dziewczętach szczerze zakochanych w nudziarzach i pedantach. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że Edmund jest w końcu dobrym, uczciwym, kulturalnym i miłym człowiekiem. Tyle o ludzkim aspekcie sprawy.

Mary Crawford, jedna z tych osób, które próbują przekabacić biedną Fanny, odwołuje się do jej dumy. Henry to cudowna partia, człowiek oblegany przez kobiety. Gruboskórność Mary jest tak wielka, że nie zdaje ona sobie sprawy z niestosowności wyznania, że Henry lubi trochę zawracać pannom w głowie. Na domiar złego dodaje: Wierzę poważnie i uczciwie, że pokochał cię tak, jak jeszcze nigdy nie kochał żadnej kobiety, że cię kocha z całego serca i będzie cię kochał zawsze na tyle, na ile to jest możliwe. Jeśli kiedykolwiek jakikolwiek mężczyzna kochał kobietę na zawsze, to sądzę, że Henry tyle dla ciebie może zrobić. Fanny nie potrafi powściągnąć nikłego uśmiechu, ale nie odpowiada.
Nie jest całkiem jasne z psychologicznego punktu widzenia, dlaczego Edmund nie oświadczył się jeszcze pannie Crawford - ale i tu ze względów strukturalnych pisarka jest zmuszona do pewnego przyhamowania postępów w zalotach Edmunda. Tak czy inaczej rodzeństwo Crawfordów wyjeżdża do Londynu odwiedzić zgodnie z wcześniejszymi planami, przyjaciół, nie osiągnąwszy satysfakcji ani ze strony Fanny, ani Edmunda.

----
[1] Ten akapit opatruje VN w swoim roboczym, upstrzonym komentarzami egzemplarzu książki następującą notatką: I Fanny ma rację. Jest coś nieprzyzwoitego w roli Amelii (nota wyd.).
[2] Yates, ostatni 'rekwizyt' sztuki zostaje usunięty. Notatka VN w roboczym egzemplarzu książki (nota wyd.).
[3] Niektórzy krytycy, jak np. Linklater Thmoson, ze zdumieniem stwierdzają, że Jane Austen, która w młodości drwiła z tendencji do eksploatowania 'wrażliwości', z admiracji dla nieznośnej czułostkowości i sentymentalizmu - wszelkich łkań, omdleń, drżeń i nieodmiennej sympatii dla wszystkiego co patetyczne lub uznawane za moralne lub praktycznie dobre - musiała obdarzyć akurat taką wrażliwością bohaterkę, którą lubi najbardziej i której nadała imię swej ukochanej siostrzenicy. (...) Fanny objawia jednak tę modną wrażliwość w sposób tak uroczy, a jej uczucia tak ładnie harmonizują z gołębioszarym firmamentem powieści, że możemy zignorować zdumienie Thomsona. Notka VN w materiałach dotyczących Jane Austen (nota wyd.).

pak4, 2006-11-30 17:26:25

www.JaneAusten.pl © Ogród Jane Austen, 2004-2018

Template Licence