Ogród Jane Austen

Strona poświecona Jane Austen

Nie jesteś zalogowany.

Ogłoszenie

#1 2006-08-21 20:36:18

AineNiRigani
Użytkownik

Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

DLA ZACHOWANIA JASNOŚCI I PRZEJRZYSTOŚCI PROSZE O WPISYWANIE TUTAJ DALSZYCH ODCINKÓW. WSZELKIE UWAGI, ROZMYŚLANIA I REFLEKSJE W WĄTKU POBOCZNYM.
DZIEKUJE



Jest rok 1875. grupy plemienne Siuksów zjednoczyły się i nawiązały współprace z Czejenami.
Młody ranczer John Sparkduck wchodzi do saloonu. Opowiada o swojej przygodzie - przypadkiem wziął udział w strzelaninie w wąwozie. Banda rewolwerowców urządziła zasadzkę. Bardzo szybko udało mu się jednak ich unieszkodliwić ratując w ten sposób pewnego Indianina. Ten żegnając przedstawił mu się jako Tatanka Yotanka.
W barze doszło wówczas do bójki z miejskim zabijaką - O'Heronem. Rewolwerowcy byli z bandy O'Herona, który chciał otrzymać nagrodę za poszukiwanego listem gończym Tatanka Yotanka, znanego bardziej jako Siedzącego Byka - wodza plemienia Siuksów. Johnowi pomagają kumple: George the Kid (pierwszy colt Dzikiego Zachodu), Onufus McGouba. Do walki przyłącza się również młody cowboy, który przedstawia się potem jako Longinusa Underheel. Przy szklaneczce whisky Underheel opowiada swoim przodku - który uczestniczył w wielkiej bitwie pod Savannah, gdzie jego przodek we wspaniałej szarży ustrzelił z muszkietu 3 Anglików za jednym razem. Strzał był tak precyzyjny, że przeszedł na wylot przez dwóch i zatrzymał się w trzecim. Underheel złożył przysięgę, że nie ożeni się dokąd nie uda mu się powtórzyć osiągnięcie pradziada.


Nawet kojot na kamieniu może dostać wilka...
http://swiataine.blogspot.com/

Offline

 

#2 2006-08-21 20:39:18

megg
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Kiedy tak siedzieli i słuchali opowieści Underheela, dołączył do nich jeszcze jeden kompan — stary znajomy Sparkducka — Zachwhimper. Zachwimper był to człowiek, który osiągnąwszy wiek podeszły, wycofał się z piastowanej dotąd funkcji zastępcy szeryfa McCherry’ego i zakupiwszy farmę, oddał się bez reszty hodowli krów i kurczaków, nie wycofując się jednocześnie z życia towarzyskiego miasteczka Checktown i pozostając zaufanym przyjacielem McCherry’ego. Ten to Zachwhimper usłyszał już o uratowaniu przez Sparkducka Tatanki Yotanki i postanowił opowiedzieć mu historię człowieka, któremu młody ranczer ocalił życie...
Otóż Tatanka Yotanka, zwany też Siedzącym Bykiem, był to wódz plemienia Siuksów, słynący jako doskonały wojownik, nie mający sobie równych w strzelaniu z łuku i rzucaniu włócznią. Ponadto człowiek wykształcony, co rzadko spotykane u Indian, oraz cieszący się szacunkiem i posłuchem. Wśród tych licznych zalet miał jednak i wadę — duch siedział w nim niespokojny. Kiedy zapałał do kogoś nienawiścią, nie było dla tego kogoś ratunku. Ten to Tatanka Yotanka popadł w konflikt właśnie z miejskim zabijaką O’Heronem, którego Sparkduck miał przyjemność przed chwilą pobić. O’Heron nie był lubiany w Checktown, miał jednak liczne znajomości wśród wojska strzegącego porządku w rezerwacie Indian, zatem konflikt wodza z nim mógł przynieść zgubne skutki. Tatanka Yotanka musiał zbiec i ukryć się w Górach Skalistych. Ponoć przyczyna kłótni była prozaiczna — poszło o kobietę...Wódz plemienia Siuksów zakochał się z wzajemnością w córce pastora, która nie bacząc na swe urodzenia, została jego kochanką. O’Heron, również zakochany w tej samej kobiecie, zaszantażował jej ojca i wymógł na nim zgodę na ich ślub. Następnie Siedzący Byk uwiódł panią O’Heron, co nie było trudnym zadaniem, jako że „dama” wciąż kochała Indianina. Jednakże chodzą słuchy, iż za ucieczką Tatanki Yotanki kryje się powód o wiele większej wagi..........................................

Offline

 

#3 2006-08-23 09:24:32

pak4
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Checktown wiele zawdzięczało swemu szeryfowi. Zanim przybył do niego McCherry wokół miasteczka panowało bezprawie. Watahy Siuksów, bezrobotni rewolwerowcy, Bank Dashwoodów z Londynu, o pospolitych złodziejaszkach nie wspominając, siali postrach wśród ranczerów i kupców. Ale McCherry nie spoczął, póki rewolwerowcy nie sprzedali swych rewolwerów by kupić narzędzia rolnicze, Dashwoodowie nie wrócili do Londynu, złodziejaszkowie nie trafili za kratki, a Siuksowie nie nauczyli się posłuchu dla prawa i cywilizacji. Tak się przynajmniej wszystkim w Checktown i na całym Dzikim Zachodzie zdawało. Do miasta więc zaczęli ściągać kupcy i rzemieślnicy, wokół na ranczach osiadali imigranci z Europy i Wschodniego Wybrzeża. Zaczęto nawet coś przebąkiwać i pociągnięciu w rejony Checktown linii kolejowej.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż McCherry bujając się fotelu przed swym biurem, z niedbale przewieszonym koltem i kapeluszem opuszczonym mocno na czoło, by chronić oczy od słońca, może sobie pozwolić na beztroski sen. Nie. McCherry wiedział jak nikt inny, że tylko jego colt trzyma we względnym spokoju okolice Checktown. Myśli o niespokojnych Siuksach, czy Czejenach wciąż krążyły po jego głowie. McCherry cieszył się jednak, że okoliczni ranczerzy byli chętni do pomocy, a niektórzy nie raz już z przypiętymi odznakami zastępców szeryfa, pomagali mu poskramiać niesfornych Indian.

* * *

Longinus Underheel, Sparkduck i Onufus McGouba zbliżali się już do Checktown, wesoło rozmawiając o szeryfie, saloonie i co ładniejszych córkach ranczerów, gdy oto nad brzegiem rzeczki dostrzegli wóz, który ugrzązł wśród kamieni. Przy wozie siedziały dwie zrezygnowane kobiety. Jedna z nich, starsza, sucha i koścista, w czarnym stroju płakała, przeklinając swego świętej pamięci męża i jego brata, że sprowadzili ją i jej rodzinę w te rejony, gdzie drogi wciąż pozostawiają tak wiele do życzenia, przez co mogą stracić już trzecie koło od wozu w ciągu miesiąca. Druga zaś, młoda, ładna brunetka, pochlipywała cichutko, znosząc użalanie się starszej.

Sparkduck i Longinus szybko zostawili w tyle przyciężkawego Onufusa i podjechali do wozu, proponując swoją pomoc. Starsza pani odpowiedziała im jedynie kolejnymi biadaniami nad parobkiem, który miał sprowadzić jej synów z rancza, ale który nieco kulał i wszędzie chodził bardzo wolno – na pewno robiąc jej na złość. Nasi jednak ranczerzy zauważyli jednak, że koło, które uwięzło wśród kamieni, sprawi dwóm młodym, pełnym wigoru mężczyznom mniej problemów, niż wysłuchiwanie starszej pani, zaparli się więc i uwolnili wóz, zyskując sobie szczere i wylewne podziękowania obu pań.

Okazało się, że były to panie Henderson. Hendersonowie sprowadzili się w okolice Checktown przed trzydziestu laty, gdy to młody John Henderson, pełen wiary w swe młode siły, pozostawił braciom rodzinny majątek w Massachusetts, a sam wybrał się na Zachód. Że był młody, uparty i pracował za dwóch, udało mu się założyć całkiem spore ranczo, które zapewniało mu i jego żonie wygodny żywot. Żony jednak zabrakło, gdy zmarła przy prodzie, a John został sam ze swoją świeżo narodzoną córką. Że bardzo potrzebował kobiecej ręki w prowadzeniu gospodarstwa, a świeża pamięć o ukochanej żonie, nie pozwoliła mu poszukać nowej towarzyszki wśród mieszkanek Checktwon, wysłał list do swego brata, Henry’ego, zapraszając go wraz z żoną na Zachód. Ten przybył z rodziną, którą tworzyła żona i trójka synów. Dwóch kolejnych urodziło mu się już na miejscu. Jednak Henry i jego żona, w przeciwieństwie do Johna nie należeli do ludzi szczególnie towarzyskich. Skoro więc po oskarżeniu Johna o rzekome sprzyjanie Indianom, chciano go wręcz zlinczować, czemu zapobiegł tylko szeryf McCherry; a sam John Henderson uciekł w końcu do Meksyku i słuch po nim zaginął, rodzina Hendersonów zamknęła się na swoim ranczo, z rzadka tylko bywając w Checktown i unikając kontaktów z sąsiadami.

Niewiele zmieniło się i po śmierci Henry’ego. Otóż było tak, że majątek był zapisany na córkę Johna – Helen Henderson – którą, jak już zapewne czytelniczka odgaduje, spotkali nasi bohaterowie przy wozie. Ale pani Henderson, od roku wdowa po Henrym, robiła wszystko, by majątek przypadł raczej jej synom, niż Helen. Wolałaby więc, aby o niej sąsiedzi zapomnieli, a zwłaszcza zapomnieli o Helen. Synowie zaś... o synach lepiej zmilczmy na razie, bo zajęcia ich i ich przyjaciół budziły wiele uwagi szeryfa, nadszarpując szacunek dla rodziny Hendersonów.


Oddaj wierzbie
Całą nienawiść, całe pożądanie
Twego serca.

Basho (1644-1695)

Offline

 

#4 2006-08-23 11:14:01

Marija
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

lol lol lol lol lol lol lol lol lol lol lol

Offline

 

#5 2006-08-25 08:24:38

pak4
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Onufus McGouba przyjechał we właściwej chwili, by również zostać obdarzonym wylewnymi podziękowaniami pani Henderson. Odpowiedział więc, że to drobnostka i jął się tak energicznie pomagać pani Henderson przy wsiadaniu na wóz, że ta aż nabrała ochoty do odjazdu. W tym czasie Longinus sprawdzał jeszcze raz, czy z kołem wszystko w porządku, zaś Sparkduck postanowił pomóc wsiąść Helen na wóz. Przeszli więc na drugą stronę wozu, a on właśnie podał jej rękę, gdy z daleka dobiegł ich stuk kopyt. Helen przeszedł dreszcz. Może Sparkduck by tego nie zauważył, ale nie dość, że Helen była zbyt ładna, by nie zwracał na nią uwagi, to jeszcze jej ręka zacisnęła się na jego dłoni z całą mocą młodej, zdrowej córki ranczera, która i obiad ugotuje, i o konia zadba, a jak trzeba to i drwa narąbie. Wtedy spotkały się ich oczy.

Ach, co to było za spojrzenie! Sparkduck żałował z całego serca, że młodość minęła mu na wypasie krów i polowaniu na bizony. Nauczył się też czytać i pisać, ale nie sięgał po babskie powieści o miłości, a jedynie po rolnicze poradniki o hodowli krów, szkółka zaś niedzielna dała mu jakieś podstawy Biblii, ale to wszystko nie dotyczyło oczu ranczerskich córek – w nich czytać nie potrafił. Zresztą dotąd nie wiele miał okazji do prób. Co prawda czasem, na zabawach i przy potańcówkach, tańczył z miejscowymi dziewczętami, a zwłaszcza zalotne oczy Annie van Rich, córki właściela saloonu z Checktown, zdawały się ranić jego serce, niczym kule z winchestera, ale wszystkie te wrażenia zbladły przy oczach Helen. Te oczy chciały mu coś powiedzieć, a spojrzenie zdawało się ich wiązać. Ale co, tego Sparkduck nie potrafił zrozumieć, choć miękły od tego jego serce i rozum.

Stuk kopyt przybliżał się. Dało się już dostrzec pierwszego z jeźdźców, a po chwili całą piątkę.
–    Moi synowie! – zawołała radośnie pani Henderson – cała czwórka!
–    Jeźdźców jest pięciu – zauważył Sparkduck.
–    A tak! Jak zwykle jest z nimi Bohoon.
–    Bohoon? – zdziwił się Sparkduck, który co nieco o Bohoonie słyszał.

George Bohoon był młodym Czejenem, który wychowywał się u białych. Skąd się tam wziął, nikt tak naprawdę nie wiedział. Ale gdy doszedł swoich lat, stał się sławny. Miał bezbłędne oko, czy to przyszło strzelać z karabinu, czy rewolweru. Kiedyś nawet skądś wziął indiański łuk i tak się wyuczył z niego strzelać, że budził podziw całej okolicy. Ludzie nawet gadali, że czasem przebierał się w indiański strój, malował sobie twarz i z łukiem zakradał się na kupców – ale daleko od Checktown, bo tu bał się zadzierać z McCherrym.

Czy te opowieści były prawdziwe – nikt by głowy nie dał. Ale, że synowie Hendersonów wiedli życie bardzo swobodne i mieli dziwne przyjaźnie, to w Checktown wiedziano. Najstarszy z braci kiedyś brał udział w bójce w Bellevue z miejscowymi farmerami. Jak to się stało, że w bójce stracił oboje oczu, nikt już nie pamiętał, gdy w końcu zbudzono się po przepiciu. Nikt też nie pamiętał, o co poszło.

Tymczasem miało się ku zachodowi, a do Checktown pozostawała jeszcze długa droga...


Oddaj wierzbie
Całą nienawiść, całe pożądanie
Twego serca.

Basho (1644-1695)

Offline

 

#6 2006-08-26 07:19:34

pak4
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Że miało się ku zachodowi, a do Checktown pozostawała jeszcze długa droga, pani Henderson zaproponowała gościnę na ranczo Hendersonów. Wszyscy wyruszyli razem. Sparkduck prowadził swego konia jak najbliżej Helen. Wesoło opowiadał jej o swej niedawnej wyprawie w Góry Skaliste, a Helen z trudem tłumiła śmiech. Wtem Bohoon, który dotąd nerwowo wiercił się na koniu jadąc z tyłu, nie wytrzymał, podjechał do Sparkducka i natarł na niego koniem.
-- Co tobie do mnie -- odpowiedział Sparkduck -- whisky z tobą nie piłem. Chcesz może dostać kulę z mojego colta?
-- A ty z mojego? -- odkrzyknął Bohoon, sięgając już po broń.
-- Spokój! Chcecie by McCherry do nas przyjechał? -- uspokajała wszystko pani Henderson, która wolała by szeryf przy okazji się nie przyjrzał jej synom. -- Bohoon, jedź na ranczo i powiedz Harriet by przygotowała kolację dla nas wszystkich, jak tu jedziemy. No! Bohoon!
Bohoon skrzywił się, ale pojechał.

* * *

Kolacja odbyła się tak jak należało: młodzi Hendersonowie i McGouba nie żałowali sobie whisky, Bohoon grał na swej gitarze tęskne piosenki i wciąż zerkał w róg, gdzie Sparkduck i Helen wesoło sobie rozmawiali. Nie uszło to uwadze pani Henderson, która gdy minął wieczór, dyskretnie poprosiła Sparkducka na rozmowę przed domem.
-- Zapewne łatwo będzie tobie odgadnąć, dlaczego cię tu sprowadziłam. Musi ci to mówić serce i sumienie.
-- Jest pani w błędzie. Nie wiem, na co ta rozmowa.
-- Powinieneś wiedzieć, że nie jestem osobą z której można żartować. Bez względu na to co powiesz, ja będę mówić prawdę. Jestem tu znana ze szczerości. A dzisiaj dostrzegłam, coś co mnie zaniepokoiło -- otóż ty chyba chcesz się ożenić z Helen. Chciałabym, byś temu z punktu zaprzeczył.
-- Skoro pani o to pyta, to muszę...
-- Skoro! Czy masz zamiar udawać, że wcześniej się potajemnie nie spotkaliście w Checktown i nie zaręczyli? Czy odważysz się udawać, że od razu tak świetnie się zrozumieliście?
-- Nie roszczę sobie podobnej do pani szczerości. Może pani stawiać pytania, na które nie będę chciał odpowiadać.
-- To nie do zniesienia! Panie Sparkduck, żądam odpowiedzi! Czy złożyłeś propozycje małżeństwa Helen?
-- Chyba uważa to pani za niemożliwe?
-- Powinno... musi to być niemożliwe, jak długo Helen jest przy zdrowych zmysłach. Ale mogłeś ją złapać w swoje sidła.
-- Jeśli to uczyniłem, będę ostatnią osobą, która się do tego przyzna.
-- Czy wiesz kim jestem? Jestem jej najbliższą krewną i opiekunką! Żebyśmy się dobrze zrozumieli. To małżeństwo do którego dążysz, nigdy nie może zostać zawarte. Nigdy! Helen jest związana z Bohoonem. Co na to powiesz?
-- Tylko to, że jeśli tak jest naprawdę, nie ma pani podstaw do przypuszczeń, że Helen mogłaby przyjąć moje oświadczyny.
-- To są szczególnego rodzaju zaręczyny. Przeznaczono ich dla siebie. Przygarnęliśmy Bohoona, dbali o niego, wychowywali z moimi synami -- aby mógł wypełnić moje pragnienie i założyć razem z Helen własne ranczo.
-- To Helen nie odziedziczy tego rancza?
-- A po co? Bohoon jest z pochodzenia Czejenem, ma wśród nich przyjaciół. Założy ranczo przy ich terenach -- ziemie tam żyzne, a wszyscy inni boją się niebezpiecznych sąsiadów. On nie musi. Będzie z niego świetny gospodarz!
-- Tak. Domyśliłem się tego. Chce więc pani pozbawić swoją wychowanicę należnego jej rancza i wygnać ją z jakimś przybłędą? Jeśli Helen wybierze mnie, to mam własny majątek i mam za co utrzymać swoją rodzinę -- nic nam z tego rancza. Ale jeśli spróbuje pani stanąć na przeszkodzie naszemu związkowi, to niech pani pamięta, że Helen nie jest już bezbronną sierotą bo ma we mnie obrońcę. Jeśli przyjdzie dochodzić praw przed sądem i wynajmować adwokata -- zajmę się tym z całą energią na jaką mnie stać!
Pani Henderson pobladła, gdyż szczerze przestraszyła się tej groźby. Bała się jednak i Bohoona, którego skłonność do Helen dostrzegała i podsycała od kilku lat, a którego gwałtowny charakter, znała najlepiej ze wszystkich. Po chwili zaczęła:
-- Dobrze. Mogę zostawić wybór Helen, ale Bohoon jest niebezpieczny. Świetnie strzela, z niczym się nie liczy i ma wielu przyjaciół wśród Indian.
-- McCherry to mój dobry znajomy. Nieraz wspólnie tropiliśmy złodziei. Czy i jego Bohoon się nie boi? A Indianie? Niech tylko spróbują! W Fort Lincoln stoi kawaleria Stanów Zjednoczonych z generałem Custerem. Z nią nie ma żartów!
-- Może ty się Bohoona nie boisz, ale my się boimy. Bliżej z naszego rancza do Indian niż z Checktown. Jak to sobie wyobrażasz, że Helen tak bez jego sprzeciwu wydamy za ciebie?
-- Trzeba Bohoona wysłać daleko, a samemu z Helen przenieść się na jakiś czas do Checktown. Nad saloonem mają tam pokoje gościnne, po rozsądnej cenie. Zresztą z van Richem można się dogadać. Z rana jadę do Checktown pogadam co da się zrobić. Potem wybierzecie się za mną.
Pani Henderson wciąż się wahała, bo żadna z tych perspektyw nie była zachęcająca. Miałaby przeciw sobie albo Bohoona i Indian, albo Sparkducka, prawo, sądy i jeszcze szeryfa McCherry'ego. Poznała i burzę, którą potrafi wywołać furia Indian, i pozornie nierychliwe, ale pewne i od czasów, gdy strzegł go McCherry, zawsze triumfujące prawo. I w końcu zrozumiała, że nieuchronności prawa boi się bardziej. Odpowiedziała więc Sparkduckowi:
-- Dobrze. Chodźmy do Helen. Zapytamy ją kogo wybierze. Mam nadzieję, że uszanujesz jej wybór?
-- Uszanuję.
Poszli. Helen wciąż jeszcze krzątała się po domu pilnując sprzątnięcia resztek ze stołu i ułożenia na noc pijanych uczestników kolacji. Poprosili Helen do jej pokoju, gdzie zadali jej krótkie pytanie. Helen mocno się zmieszała, ale znalazła właściwe słowa, które kobieta w takiej sytuacji zawsze potrafi znaleźć. Bo i ona od pierwszego spotkania pokochała Sparkducka i chciała pojechać z nim na jego ranczo, by jak najszybciej uciec sprzed złych oczu Bohoona. Ustalono jednak, że sprawa musi jeszcze trochę potrwać. Po czym wszyscy, pełni dobrych myśli, udali się na spoczynek.

* * *

Sparkduck chciał odjechać z samego rana, a przynajmniej zanim obudzi się Bohoon, którego obecność psuła mu humor. Szybko zbudził Longinusa Underheela i zaczął siodłać konie, ale nie potrafili dobudzić Onufusa McGouby, który spał w najlepsze aż do samego południa. Gdy więc Bohoon pojechał do miasta, po pilne zakupy, o których nagle przypomniała sobie pani Henderson, Sparkduck z Heleną skorzystali ze snu Onufusa, wybrawszy się na spacer, gdzie zliczali jak często pieski preriowe wyglądają z norek. Aż Helen się zarumieniła i to nie jeden raz. A potem przyszedł czas rozstania, po czym nie bez żalu Sparkduck, Underheel i McGouba udali się do Checktown.


Oddaj wierzbie
Całą nienawiść, całe pożądanie
Twego serca.

Basho (1644-1695)

Offline

 

#7 2006-09-13 03:48:00

AineNiRigani
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Po przybyciu do miasta Sparkduck jako zastępca szeryfa udał się do McCherry'ego aby zdać raport ze swej misji. A wieści nie były pomyślne. Na wschód od Checktow niezadowoleni cowboye buntowali się i organizowali bandy. Nie miały one jeszcze jednego przywódcy, więc ich unieszkodliwienie nie powinno stanowić wielkiego problemu. Ale gdyby na ich czele stanął ktoś bezwzględny i inteligentny - miastu groziłby powrót czasów Dashwoodów.
- co cie zatrzymywało w drodze? - spytał się McCherry po wysłuchaniu wieści - misję zakończyłeś już jakiś czas temu.
- hmm... miałem do załatwienia pilną sprawę. Osobistą.
- hłe hłe - zaśmiał się rubasznie szeryf - pilną sprawę mówisz. Niech no zgadnę. Sprawa ma kruczoczarne włosy, piękne oczy i metr czterdzieści circa about. Czyż nie?
- metr sześćdziesiąt! - krzyknął wzburzony Sparkduck i zarumienił się widząc, że szeryf zmusił go sprytnie do przyznania się.
- dobra dobra. Życzę wam szczęscia. Stary Henderson swój chłop był. Trafiał pieska preriowego z odległości 200 kroków. No i uczciwy, co w tamtych czasach nieczęste było. Wiesz, on pierwszy sprzeciwił się Dashwoodom ... ech stare czasy... - tu szeryf się zamyślił. Na krótko jednak - to mówisz że mała Helen Henderson wyrosła. A ładna chociaż?
- niczym letni poranek, niczym kwiat, niczym ...
- no to widzę, że cię wzięło. To dobrze. Czas się ustatkować John. Tylko uważaj na Bohoona, słyszałem że od lat mieszka u Hendersonów i ma chrapkę na tę dzierlatkę.
- szeryfie jak to możliwe, że zawsze wiesz co w trawie piszczy na drugim końcu prerii
- właśnie dlatego wybrano mnie na szeryfa. Szczególnie teraz każda informacja na wagę złota jest. Ciężkie czasy idą. Buntownicy to nie jedyna zła wiadomość. Wyoming i Santee niczego ich nie nauczyło tych waszyngtońskich gryzipiórków. A Dakota się jednoczą. Oni nie oddadzą Gór Czarnych. Szykują się na wojnę. Do obozu Siedzącego Byka przybył na naradę Szalony Koń i Deszcz w Twarzy. Pizi już jest od jakiegos czasu. Podobno Byk mianował go swoją prawą ręką. Pojedziesz tam. Skontaktujesz się z Tym-Który-Tańczy. On Ci pomoże. No i Siedzący Byk nie pozwoli aby włos spadł Ci z głowy. Tak, tak. Słyszałem już o twojej przygodzie. Może to dobrze, że tak się stało. Dzięki temu ma u Ciebie dług wdzięczności. Nie spocznie, póki go nie spłaci. Wiesz o tym.


Nawet kojot na kamieniu może dostać wilka...
http://swiataine.blogspot.com/

Offline

 

#8 2007-09-12 13:22:50

snowdrop
Użytkownik

Re: Ogniem i Coltem czyli forumowa powieść w odcinkach

Wow, chyba musze sobie wydrukować i przeczytać spokojnie na papierze.

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB